O rzeczach nie-nowych na nowo (cz.I)


  Jest drugi maja. Wspomnienie św. Józefa Rzemieślnika mamy za sobą. Była kolejna okazja by opowiadać w kazaniach, jak bardzo Kościół ma na uwadze ludzi pracy. Nie licząc okazjonalnych wystąpień, druga taka możliwość w roku, by pochwalić się jak piękna jest nasza katolicka nauka w tym względzie, zdarzy się podczas tradycyjnej, zainicjowanej w stanie wojennym przez bł. ks. Jerzego Popiełuszkę,  pielgrzymki ludzi pracy na Jasną Górę - w trzecią niedzielę września. Piękno katolickiej nauki społecznej doceniło wiele środowisk nie-katolickich i nas już dawno przegoniło w jej praktykowaniu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że poruszanie tematu godności pracy, szczególnie w dniu 1 maja, motywowane jest budową przeciwwagi dla haseł lewicy definiowanej przez Kościół jako zagrożenie, a nie głębokim, wewnętrznym przemyśleniem tematu jako istotnego dla wiernych.

Poszlaką, która wskazuje na nie-priorytetowe traktowanie przez hierarchię tych zagadnień jest brak po 1990 r. wykorzystania przez Kościół swojej, póki co znaczącej, siły do upomnienia się o „wyplutych” przez transformację na margines. Niestety, listów duszpasterskich wobec nabrzmiałości problemu za wystarczający dowód angażowania się Kościoła w sprawy społeczne uznawać nie sposób. Jak zauważył red.Misza Tomaszewski z wydawanego przez warszawski KIK magazynu „KONTAKT”, ostatni list w sprawach społecznych zapowiadany jako nowa jakość był w istotnej części powtórzeniem myśli JPII. Jako wstęp do diagnozy sytuacji społecznej przywołanie papieża było potrzebne, ale w kwestiach pracy ludzkiej niestety na tym się skończyło potwierdzając tezę, że dziś biskupom trudno wyjść z cienia wielkiego dębu. W liście zabrakło odpowiedzi na, za przeproszeniem leninowskie pytanie „co robić?”, wywołując wrażenie, że tematykę społeczną episkopat podejmuje z opóźnieniem postępując za wyprzedzającymi inicjatywy biskupów zjawiskami społecznymi. I nie wie, co robić.

Dowodem na faktyczny stosunek kierownictwa Kościoła do spraw pracowniczych jest niespektakularna, bo rozciągnięta w czasie ostatnich 25 lat, prawdziwa katastrofa duszpasterstw ludzi pracy.  Jeśli przypomni się siłę tych duszpasterstw w latach ’80, to dzisiejszy ich stan, nie obrażając tych, którzy heroicznie mimo niedopieszczenia przez hierarchię ich zaangażowania „ciągną temat”, należy uznać za „trupa”.

Za komuny duszpasterstwa ludzi pracy zdobyły ogromny kapitał zaufania społecznego. Z racji kościelnego parasola były one dla Solidarności jedną z nielicznych tolerowanych przez władze możliwości jawnego działania. Jeszcze 7 maja 1980, na 2 miesiące przed wybuchem pierwszych strajków, episkopat powołał w ramach swoich struktur komisję robotniczą. Takiego słuchu społecznego  biskupi mogliby swoim poprzednikom pozazdrościć. Pod kolejnym kierownictwem arcybiskupów H.Bednorza i D.Zimonia oraz H.Gulbinowicza Komisja ds. Ludzi Pracy była jedną z najaktywniejszych komórek episkopatu, a duszpasterstwa ludzi pracy zaczęły kwitnąć. W 1990 r. we Wrocławiu odbył się Kongres Ludzi Pracy, który zgromadził ponad 1000 osób zaangażowanych w duszpasterstwa. I był to niestety łabędzi śpiew Kościoła na polu rzeczywistych działań społecznych na rzecz ludzi pracy.

W 1992 r. abp Gulbinowicza zastąpił zaprzyjaźniony z gdańskimi liberałami abp Gocłowski. Biskupi rozpostarli parasol ochronny nad transformacją. „Poprzez mądrą refleksję, popart ą modlitwą w intencji budowy wolnej Ojczyzny, trzeba było wszystko reformować, poczynając od struktur państwa, aż po sprawiedliwą gospodarkę. Najtrudniej przychodziło nam przeprowadzanie w sposób sprawiedliwy i odpowiedzialny wielkiego dzieła prywatyzacji” – tak podsumowywał swoją działalność jako „centralnego” duszpasterza ludzi pracy abp Gocłowski, który zacytowaną wypowiedzią budzi niepewność, czy do pracowników posłał go Kościół, czy polityczny i gospodarczy establishment.

W 1996 episkopat obniża rangę „zagadnienia” i po 16 latach likwiduje powołaną za prymasa Wyszyńskiego Komisję ds.Duszapsterstwa Ludzi Pracy. W hierarchii organów pomocniczych konferencji episkopatu (komisje, rady, zespoły) sprawy pracownicze lądują aż o o 3 stopnie w dół, bowiem od tamtej pory z ramienia episkopatu za duszpasterstwa ludzi pracy miała odpowiadać osoba w randze delegata, którym został na zasadzie ciągłości tematyki arcybiskup Gocłowski. Artykuł 54 statutu episkopatu w odniesieniu do delegatów zaznacza, iż funkcja ta nie narusza kompetencji biskupów diecezjalnych (odnośnie komisji, rad i zespołów nie ma takiego zastrzeżenia). Innymi słowy, wbrew z lubością przywoływanemu kiedy trzeba i nie trzeba świętemu papieżowi, w szczególności encyklikom „Laborem exercens” oraz „Solicitudo rei socialis” polscy biskupi uznali, że praca jako zagadnienie społeczne  jest tematem zbyt niskiej rangi, aby stała się stałym elementem spójnej polityki Kościoła polskiego w skali całego kraju pozostawiając osąd w tej sprawie uznaniu biskupa miejsca. Niektóre diecezje może mają biskupów doceniających ten aspekt życia ich wiernych, nie zmienia to jednak faktu, iż średnio wygląda to średnio. To są fakty, na których tle listy społeczne episkopatu i okazjonalne wypowiedzi biskupów nawet, jeśli używają mocnych słów nie mogą obronić się przed podejrzeniem, że są tylko zabiegiem mającym na celu poprawę wizerunku, podjemowanym pod naciskiem mediów nieprzychylnych Kościołowi i wytykających mu, owszem najczęściej instrumentalnie, prawdziwe lub nieprawdziwe niedostateczne zaangażowanie po stronie wiernych w sprawach dla nich ważnych.

Z obowiązku kronikarskiego dodajmy, że po arcybiskupie Gocłowskim, w 2008 r.  funkcję delegata objął bp Ryczan z Kielc, ale za jego „kadencji” poza powolnym uwiądem nic godnego odnotowania w realnej działalności społecznej w obszarze duszpasterstw ludzi pracy się nie wydarzyło. I tak spłonął piękny las, ale nikt tego nie zauważył, bo róże wymagały pielęgnacji. Na zjazd duszpasterzy ludzi pracy w 30 rocznicę pierwszej pielgrzymki przyprowadzonej na Jasną Górę przez ks.Jerzego Popiełuszkę przybyło ich mniej niż mamy diecezji. W latach ’80 przyjeżdżało ich pięć razy więcej.

Jak doszło roztrwonienia tego kapitału? To prawda, modelu duszpasterstw sprzed 1989 nie można było kontynuować. Dotyczyło to zresztą bardzo wielu obszarów życia Kościoła. Wypracowaniem nowej wizji zajmował się w latach 1991-1998 II Synod Plenarny (czy ktoś jeszcze pamięta, z jaką pompą celebrowano jego obrady, nadając mu epokowe znaczenie? Jego uroczystego zamknięcia dokonał sam papież). Wytyczając kierunki dla Kościoła w nowej rzeczywistości, „ojcowie synodalni” niejako z obowiązku „inwentaryzacyjnego” ledwie wzmiankują istnienie duszpasterstw ludzi pracy. Mimo, że Kościół miał realny i bezpośredni wpływ na  ich kształt, nic nie napisano, czym duszpasterstwa mają być w neoliberalnej ekonomii. Ale o wielu innych „duperelach”, na które Kościół wpływu bezpośredniego nie ma, rozpisywano się ze znawstwem. Np. w różnych dokumentach co najmniej pięciokrotnie Synod stwierdził, że podatki mają być niskie. Po dwudziestu pięciu latach Kościoła w wolnej Polsce katolickie środowiska pracownicze są w stanie dezintegracji, a podatki mamy jakie mamy. Synod koncertowo przeoczył znaki czasu, chociaż byli ludzie, którzy ich nie przeoczyli. Kościół nie zorientował się, o czym pierwszy raz usłyszałem u Lecha Kaczyńskiego, a potem przeczytałem w jednym z wcześniejszych artykułów Jacka Kuronia, że dziś większym zagrożeniem dla godności człowieka nie jest polityk, a pracodawca. Zbudowaliśmy z sukcesem, w czym Kościół ma ogromną zasługę, system minimalizujący póki co tyranię polityczną, ale nie wprowadziliśmy skutecznych mechanizmów przeciwko tyranii w miejscach pracy, zakorzenionej w trudnych warunkach na rynku zatrudnienia. Więcej, neoliberalny system uzasadnia pańszczyźniano-folwarczną kulturę zarządzania, wskazując na dziejową potrzebę niskich kosztów pracy.

Nie czas tu na spór, czy to słuszna diagnoza czy też nie. Bezspornym jest fakt, iż Kościół wbrew deklarowanemu stanowisku praktycznie pogodził się z przewagą kapitału nad pracą, nawet jeśli czasem ze względów wizerunkowych przebąkuje o sprawiedliwości społecznej. W okresie kanonizacji szczególnie przykro to stwierdzić, ale nauczanie Jana Pawła II, w szczególności zawarte w encyklikach „Laborem exercens” oraz „Solicitudo rei socialis” nie ma konsekwencji dla realnych działań Kościoła na poziomie zwykłych ludzi, jak to miało miejsce w latach ’80. Czy  to, że coraz więcej katolików czuje, że Kościół ma im coraz mniej do powiedzenia o ich życiu codziennym, nie powoduje spadku identyfikacji z hierarchią, która w sprawach istotnych, może nawet istotniejszych niż zagadnienia społeczne, czuje się coraz bardziej osamotniona wobec inwazyjności współczesnego świata w sprawie ważnych dla nas wartości? Czy dziś  Kościół nie obojętnieje wielu wiernym, bowiem poza rutynowymi zapewnieniami o solidarności nie ma im nic istotnego do powiedzenia w ich życiowych, bytowych sprawach?

To prawda, łatwo krytykować z boku, że ktoś nie dał sobie rady w zupełnie nowej, niepowtarzalnej sytuacji. Nie mam wątpliwości, że sprawa pracownicza nie została przez biskupów porzucona po 1990 r. bo robotnicy przestali być potrzebni jako taran w walce z systemem. Całe społeczeństwo, także przeciwnicy Kościoła którzy dziś mu wytykają te i inne, prawdziwe i nieprawdziwe zaniedbania bezkrytycznie przyjęli obietnice neoliberalnej ideologii, zresztą głoszone w dobrej wierze, że na transformacji wszyscy skorzystają. W obszarze gospodarki, mimo podziałów światopoglądowych zawarto niepisane porozumienie celem „pacyfikowania” „niekompetentnego” społeczeństwa, którego wyżej zacytowana wypowiedź abp Gocłowskiego jest jednym z przejawów. Ja sam się pod tym porozumieniem wtedy „podpisywałem”. Gdyby ktoś wówczas zapytał mnie o duszpasterstwa ludzi pracy to bym stwierdził, iż w nowej rzeczywistości są kompletnym anachronizmem – w czasach komuny zrobiły co trzeba i teraz mogą odejść. Dzięki Bogu nie miałem żadnej władzy w Kościele, bo pewnie nawet to, co z duszpasterstw zostało z przekonaniem razem z ludźmi wywaliłbym na śmietnik. Dlatego powyżej miotane, w szczególności na abp Gocłowskiego, kamienie powinny spaść też na moją głowę. Jeśli używam ostrego języka, by nie powiedzieć podnoszę raban, to tylko dlatego, by czołobitna forma, w nadmiarze praktykowana w Kościele nie przeszkodziła w przebiciu się komunikatu, że wszystko przegraliśmy i już jest za późno, a jeżeli jeszcze mamy jakąś szansę, to tylko dzięki "drugiemu życiu", łasce Bożej.

Oto właśnie zdarza się okazja na nowe otwarcie. Presja papieża Franciszka by kościoły lokalne w ślad za doświadczeniem latynoamerykańskim przyjęły opcję na rzecz ubogich zbiega się właśnie ze złożeniem z powodu wieku rezygnacji z urzędu przez bp Ryczana. Stwarza to okazję do fundamentalnego namysłu, co dalej z duszpasterstwami. Rozumiem, dlaczego biskup kielecki nie odniósł sukcesu jako delegat. Prawdopodobnie żadnemu ordynariuszowi, nawet najlepiej rozumiejącemu sprawy pracownicze nie powiodłoby się na tym urzędzie. Mianowicie, ratowanie duszpasterstw wymaga pełnego zaangażowania, nie tylko czasowego, ale mentalnego. Tymczasem pierwszym zadniem ordynariusza jest kierowanie swoją diecezją. Błędem całego episkopatu jest obsadzenie w funkcji delegata jednego z biskupów ordynariuszy. Ani dla niego nie ma z tego tytułu wielkiej chwały, ani samych duszpasterstw to nie dowartościowuje. Analogicznie diecezjalnym duszpasterzem ludzi pracy nie powinien być proboszcz którejś z parafii, któremu zazwyczaj jako siedemnaste ważne zadanie dorzuca się dziś te obowiązki. Jest to stawianie zadań niewykonalnych. Za porażkę odpowiada nie podwładny, ale ten, kto te obowiązki nałożył. Być może wołać trzeba o „zwykłego” duchownego na wzór księdza Kolpinga, który w XIX-wiecznych Niemczech stworzył pracowniczy ruch społeczny katolików o ogromnym zasięgu, będący później podwaliną chrześcijańskich związków zawodowych, i w wieloletniej perspektywie przyczynił się do stworzenia klimatu, w którym mogła powstać społeczna gospodarka rynkowa tak zazdroszczona Niemcom.

Oczywiście, działalności ks.Kolpinga, tak samo jak wzorców latynoamerykańskich nie można kopiować we współczesnej Polsce. Musimy dorobić się własnej, oryginalnej koncepcji, mającej wzięcie tu i teraz. Dużo zgryźliwych uwag napisałem powyżej o biskupach, więc kończę dobrym słowem. Kilka miesięcy temu, po kolejnym odbiciu się na niższych szczeblach od kościelnej ściany spontanicznie napisałem zirytowany do jednego z biskupów na adres mailowy kurii. Nie liczyłem na odpowiedź, tylko na obciążenie jego sumienia tym zaniedbaniem i utwierdzenie siebie w stereotypie na temat ociężałości struktur kościelnych. Oniemiałem – po pół godzinie dostałem od niego niesztampową odpowiedź pokazującą, że natychmiast poczuł ciężar gatunkowy odrodzenia duszpasterstw.

Dodało mi to odwagi, by  samemu, skoro nie widzę, by w Kościele zajmował się tym ktoś lepszy, rozpocząć dyskusję nad odrodzeniem duszpasterstw ludzi pracy, przedstawiając tu na Areopagu w nieodległym czasie kilka intuicji (bo nie zamkniętą wizję), zapraszając innych do dorzucenia się ze swoimi przemyśleniami bądź życzliwą krytyką. Po namyśle celowo nie spróbuję skorzystać z możliwości wrzucenia tematu instytucjonalnym strukturom Kościoła, bowiem udział w wypracowaniu propozycji muszą mieć również osoby „przypadkowe”, ludzie dobrej woli, pracownicy, dla których to wszystko ma być, a których nikt na konsultorów w komisjach, radach i zespołach nie zaprasza. Statutowe gremia episkopatu jeszcze się wystarczająco nadecydują.

A jaki mam do tego tytuł by tak się wyrywać przed szereg? Od 2008 r. poza pracą zawodową prowadzę w Instytucie Spraw Obywatelskich w Łodzi program wspierania rad pracowników, przez który przewinęło się już ponad 2 tys. osób ze średnich i dużych przedsiębiorstw. To doświadczenie nie wyczerpuje całokształtu problemów, z którymi trzeba się zmierzyć przy reanimacji duszpasterstw ludzi pracy, ale jest jakimś punktem wyjścia, skoro nikt się nie zgłasza z lepszym. Będę się cieszyć, jeśli moje propozycje zainspirują kościelnych decydentów do własnych przemyśleń w tej materii, nawet idących w przeciwną stronę. Tylko niech się, do cholery, zacznie cokolwiek w tym obszarze dziać, zanim całkowicie utracimy wiarygodność.