Czy istnieje katolicki feminizm?

Czy istnieje katolicki feminizm?


16 kwietnia w warszawskim klubie Tygodnika Powszechnego miało miejsce spotkanie „Feminizm z prawej, lewej i kobiecej strony” z udziałem feministek katolickich (prowadzącej panel Zuzanny Radzik z Tygodnika Powszechnego, Dominiki Kozłowskiej, redaktor naczelnej miesięcznika „Znak” oraz Anety Gawkowskiej z Uniwersytetu Warszawskiego) i feministek „feministek” (Małgorzaty Fuszary, minister ds. równego statusu kobiet i mężczyzn oraz Agnieszki Graff z Krytyki Politycznej).

Postanowiłem dla was zrelacjonować to spotkanie, bowiem przypuszczam, że w panującym zgiełku Kościół ma problem z precyzyjną wiedzą, z czym faktycznie mamy do czynienia.  Ta nieprecyzyjność wiedzy ma dwie konsekwencje. Po pierwsze - Kościół broni się przed argumentacją na rzecz zmian, z których wcale nie wszystkie podważają jego istotę, a często są sprawiedliwe i wynikające z wcześniejszych zaniedbań. Obrona ta niepotrzebnie antagonizuje coraz więcej kobiet (jak podano w czasie spotkania, przed rozpoczęciem przez Kościół kampanii przeciw gender konwencję popierało 54% kobiet, dziś blisko 80%). Po drugie - konsekwencją braku precyzyjnej wiedzy jest też brak skuteczności w obronie przed tym, co rzeczywiście w rękach fanatyków może zagrażać szczęściu zwykłych ludzi (np. ustawodawstwo „prokobiece” w Szwecji, gdzie wskaźnik samobójstw kobiet jest największy w świecie i równa się wskaźnikowi samobójstw mężczyzn, podczas gdy w nie tak zaawansowanych genderowo społeczeństwach zazwyczaj wynosi on ok.30% tego wskaźnika). Moją intencją nie jest przekonywanie kogokolwiek  do swoich przemycanych poniżej poglądów w tych sprawach, ale namawianie do spokojnej analizy zjawiska, które kiełkuje, i czy to się komuś podoba czy nie, będzie się Kościołowi narzucało.

  1. Spotkanie nie miało charakteru wiecowego i nie było demagogicznych wypowiedzi (jedynie z sali ktoś mówił, że „księża nas pouczają o moralności a sami mają dzieci”, ale ten głos ani nie wzbudził aplauzu, ani nawet nie został podjęty przez panelistki). Uproszczenia były ze względu na charakter spotkania zazwyczaj uprawnione. Generalnie, spotkanie trzymało wysoki poziom.
  2. Wzajemny stosunek obu stron reprezentowanych w panelu wydawał mi się „wspólnotowy”. Z drugiej strony nie wyczuwałem, w czym katolickie feministki uważają się za bliższe wspólnocie wierzących. Niedawno kręciłem tutaj nosem na ewolucję „Więzi”, ale chociaż nie znam osobiście jej redaktora naczelnego Zbigniewa Nosowskiego, to jednak wobec takich jego wypowiedzi (http://laboratorium.wiez.pl/blog.php?bl&lepiejkrotkonizwcale&780) nie mam wątpliwości, że jesteśmy w jednym Kościele. Mimo wsłuchiwania się w wypowiedzi katolickich feministek (a wcześniej czytając ich wypowiedzi), podobnego przekonania póki co nie nabrałem. Zawieszam jednak swój sąd w tej sprawie, bo może wyrażają intencję katolicką w języku, którego nie znam. Nie jest to łaskawe zawieszenie wyroku śmierci, bo ja się na tych, co z Kościoła odchodzą, nie obrażam, a cierpliwości brakuje mi tylko dla tych, którzy odchodząc ranią osoby dotychczas sobie bliskie. Powyższą obserwację poczyniłem dlatego, że dla dalszej oceny wypowiedzi katolickich uczestniczek spotkania ważne jest, czy mają intencję naprawiania, czy burzenia Kościoła razem z innymi feministkami, które nie ukrywają, że najchętniej Kościół widziałyby jako jedną z organizacji pozarządowych zajmujących się działalnością kulturalno-charytatywną. Po spotkaniu nadal nie wiem, co sądzić o stopniu identyfikacji katolickich panelistek z Kościołem.
  3. Nic tak klarownie nie pokazałoby bliskości tradycyjnego Kościoła i katolickich feministek, jak wypunktowanie różnic pomiędzy nimi a feministkami - feministkami. Co to znaczy „katolicki feminizm”? (Bo jeżeli takich różnic nie ma, to te osoby, które określają się jako katolickie feministki, o ile niczego nowego do bardzo zróżnicowanego w świecie ruchu feministycznego nie wnoszą, o nic specyficznego nie chcą walczyć, są po prostu „zwykłymi” feministkami.)  Zuzanna Radzik wprost postawiła pytanie o różnice, ale ze strony katoliczek odpowiedzi były tak ogólne, że niczego z nich się nie dowiedziałem. Dwie różnice natomiast wyartykułowała Agnieszka Graff. Powiedziała, że nie ma możliwości dogadania się w sprawie „wolności cielesnej”, czyli władzy nad swoim ciałem, co zawiera w sobie żądanie aborcji na życzenie. Aneta Gawkowska potwierdziła, że różnica polega na innym rozumieniu wolności. Jednak (łagodnie) podważała absolutyzowanie tej linii podziału przywołując tzw. eko-feministki, które sprzeciwiają się aborcji i antykoncepcji jako nienaturalnym metodom kontroli urodzeń. Nie pamiętam już, która z katoliczek zaznaczyła jednak, że ta różnica nie musi oznaczać jej poparcia dla obecnej ustawy. Katoliczka, według niej, sama nie może dopuścić się aborcji, jednak nie musi popierać ograniczeń nakładanych przez prawo na inne kobiety. Po drugie, według Agnieszki Graff nie ma zgody na uznawanie gender jako dziedziny obejmującej homoseksualizm, transpłciowość itp., co w złej wierze Kościół łączy w jedno, by zohydzić w oczach katolików badania nad gender. Tymczasem queer to ma być coś zupełnie innego. Katoliczki w tej sprawie bagatelizowały różnice (że nie są takie anty-LGBT i że Kościół prędzej zaakceptuje LGBT niż kompromisy w sprawie „praw reprodukcyjnych”). Skoro według samych katolickich feministek nie ma zasadniczych różnic między nimi a głównym nurtem feminizmu, to powinny odnosić się ze zrozumieniem do nieufności, która je w Kościele otacza, skoro nie możemy wykluczyć, że  w najlepszym przypadku pozwalają się wykorzystywać do przebudowy Kościoła podług życzeń ludzi spoza Kościoła. Jedyny moment, w którym poczułem wspólnotę z katolickimi feministkami to wtedy, gdy Dominika Kozłowska tłumaczyła sali koncentrowanie się Kościoła na ochronie życia. Nie używała feministycznych wytrychów, że chodzi tu o władzę nad ciałem kobiety itp., tylko powiedziała, jak jest naprawdę – że etyka chrześcijańska jako „relacyjna” nastawiona jest na drugiego/słabszego i dlatego broni dzieci. To ważne. Ten akcent nie zmienia jednak mojej ogólnej oceny, że punktów wspólnych jest o wiele mniej, niż by się chciało.
  4. Może jednak wtapiając się w główny nurt feminizmu w kontrze do Kościoła katolickie feministki nie wiedzą, co czynią? Nie chcę tym pytaniem pokazać katolickich feministek jako osób nierozgarniętych. Akurat uczestniczki panelu kwalifikują się z pewnością do elity intelektualnej, która wspaniale by ozdabiała Kościół. Może niektórzy z was przeżywali kiedyś w chorobie długotrwały, niekończący się ból. Wszystko inne przestaje być ważne, najbardziej inteligentny czy uduchowiony człowiek nie myśli wtedy  co będzie jutro, nie jest mu łatwo rozpoznać konsekwencji swoich decyzji. A może katolickie feministki żyją z bólem, który przeszkadza im patrzeć dalej i szerzej? Bólem, który my im zadaliśmy? Czy Jan Paweł II przepraszając kobiety w słynnym liście  z 1995 roku kokietował je, czy był autentyczny? Ja myślę, że wiedział, za co przeprasza w imieniu Kościoła. Gdy w 2000 roku papież przepraszał za błędy Kościoła, polski episkopat szedł w jego ślady i przepraszał również za błędy Kościoła w Polsce – np. prymas Józef Glemp bardzo konkretnie wyznał swoją winę nieintencjonalnego przyczynienia się do śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. A czy przeprosiny wobec kobiet były równie konkretne? Czy były jakiekolwiek? No właśnie w czasie aktu wyznania win 20 maja 2000 na Placu Teatralnym w Warszawie nie padło ani jedno słowo o dyskryminowaniu kobiet w Kościele, chociaż 5 lat wcześniej Jan Paweł II otworzył ku temu drogę.  Czy to nie jest tak, że papież odwalił za nas przykry obowiązek i uwolnił nas od tego dyskomfortu? By zacząć od spraw pierwszych, czy ja przepraszałem swoją żonę za to, że pozwalam jej prać swoje brudne skarpety? We wpisie „Siostry mniejsze, bracia więksi” pisałem, jak byłem świadkiem efektownego porównania przez księdza profesora, przy śmiechu sali, sióstr zakonnych do krów. Dlaczego sekretarzami (czyli numerami dwa) lub pełnymi członkami dykasterii watykańskich mogą być kobiety, a w ich odpowiednikach, jakimi są komisje episkopatu, już nie? Aaa, bo statut KEP przeszkadza. No to trudno, rzeczywiście nie da się z tym nic zrobić. Wiadomo przecież, że ludzie są dla statutu. „Pal licho kobiety”, ale Kościół na ich nieobecności przegrywa! Czy Kościół nie byłby skuteczniejszy w przekonywaniu opinii publicznej, gdyby twarzą zespołu ekspertów ds. bioetycznych episkopatu była kobieta a nie ksiądz biskup Hoser? Jedną dokooptowano po 7 latach , ale też nie wypuszcza się jej do mediów – czyżby przewodniczący komisji uważał, że pani profesor nie ma odpowiednich ku temu predyspozycji? Dlaczego Kościół nie ma takiej ilości intelektualistek, chociażby takich, jakie dziś szturmują jego ustrój, by móc w nich przebierać, by broniły jego wartości? Jeszcze raz przytoczę opowiedziany już kiedyś przypadek szwajcarski. Kościoły katolicki i protestanckie nieznacznie przegrały referendum w sprawie liberalizacji prawa pod kątem par homoseksualnych, albowiem ichnie „moherowe berety” z zasady nie chodzą głosować. Ale dlaczego kobiety w każdej grupie wiekowej mają wyższą frekwencję niż mężczyźni, tylko nie w grupie kobiet urodzonych w latach ’50 i wcześniej? Bowiem do roku 1970 kobiety nie miały praw wyborczych i w procesie ich wychowania wbijano im w głowę, że polityka jest nie dla nich, że zbrukają się przy niej a one mają tak ważną rolę do spełnienia jak pilnowania czystości ogniska domowego. Kościoły były kluczowym czynnikiem takiego modelu  socjalizacji dziewcząt. Dostałeś więc Grzegorzu Dyndało, co chciałeś. W Polsce ten proces tak źle nie wygląda, ale w zakresie uczestnictwa kobiet w życiu Kościoła nie jest nieobecny, czego skutkiem jest niemożność wystawienia przez Kościół kontyngentu kadry „oficerek” w liczbie porównywalnej do przeciwniczek. Słaba obecność kobiet jest dla Kościoła szkodliwa, ale przede wszystkim jest niesprawiedliwa. Może właśnie ta niesprawiedliwość jest przyczyną bólu, który nie pozwala katolickim feministkom dostrzegać cokolwiek innego, strać się myśleć o Kościele w perspektywie nieskończoności, wszystkich pokoleń które były i które będą? Rozumieć, że są siły, które Kościół i religię definiują jako swojego wroga, gdyż uważają, że przeszkadzamy im żyć szczęśliwie? Kiedyś feministki katolickie żądały jednej zmiany, ale gdy spotkały się z odrzuceniem, zaczęły popierać wszystkie zmiany, bo te inne zmiany (np. zmiana oceny związków homoseksualnych) sprzyjały jakiejkolwiek, w tym tej jednej zmianie. To, że nie ma wśród nich refleksji, że wiele z tych zmian może zmienić tożsamość Kościoła, która dla nich jako katoliczek też powinna być ważna, obciąża po części Kościół tradycyjny. Z kobietami może być jak z chłopami pańszczyźnianymi – dopóki nie dostali kawałka ziemi ojczystej, nie wiedzieli, dlaczego obok swoich panów mieli za Ojczyznę umierać. Dopóki kobiety będą obywatelkami Kościoła II kategorii, coraz mniej z nich będzie się z nim identyfikować i go bronić. Czy kościelna „szlachta” to zrozumie, jak w końcu zaczęła to rozumieć szlachta począwszy od Kościuszki? Polskę w 1920 roku obroniła armia chłopska, bo od Powstania Styczniowego co mądrzejsi członkowie elity polskiej zaczęli uznawać w ruchu ludowym partnera. Nieprzypadkowo była powszechna zgoda, by na czele rządu ocalenia narodowego stanął w 1920 roku Wincenty Witos.
  5. Stan ducha feministek oddaje tendencja do przykrawania Kościoła pod swoje argumenty, by łatwiej go było dyskredytować. Nieustannie w trakcie spotkania jako przykład ignorowania spraw kobiet przez Kościół przywoływano bierność biskupów w sprawie dramatu matek, którym mężowie nie płacą alimentów. Posunięto to do zarzutu, że dowodem neutralności Kościoła wobec takiej obrazy moralności jest dopuszczanie alimenciarzy do posług w Kościele, np. noszenia baldachimu na Boże Ciało. Taki argument może stawiać tylko ktoś, kto nie zna Kościoła od wewnątrz i nie wie, że wybierani są najbardziej nobliwi „starcy” (kilka lat temu Gazeta Wyborcza zrobiła sondaż w parafiach warszawskich, w jaki sposób wybierani są mężczyźni do umycia nóg w Wielki Czwartek; polecam zwłaszcza wypowiedź siostry Marii - tak, kobiety! - z katedry warszawskiej, której powierzono obowiązek selekcji najlepszych). Czy mężczyźni, którzy porzucili żonę z dziećmi są rzeczywiście podatni na nauczanie Kościoła, by wysuwanie przez feministki postulatu pod adresem biskupów napisania listu pasterskiego w tej sprawie było racjonalne? Nie było żadnej refleksji, że być może to dzięki Kościołowi takich przypadków mamy „tylko” 800 tysięcy, z czego znaczna część spowodowana porzuceniem rygoryzmu katolickiego na rzecz „wolności cielesnej”, by wulagryzując trochę użyć określenia Agnieszki Graff. Prawda się nie liczy, jeśli kłamstwem można cisnąć w drugiego w słusznej sprawie. Podkreślam, że nie uczepiłem się jeden raz spontanicznie rzuconego z sali przykładu – obciążanie Kościoła niepłaceniem alimentów przez nominalnych katolików było przywoływane przez panelistki wilokrotnie jako oczywista oczywistość. Prawdą jest jednak, że gdyby Kościół przycisnął rząd w sprawie ustawowego rozwiązania problemu niepłaconych alimentów z siłą, z którą nacisnął Platformę w sprawie Komisji Majątkowej, problem alimentów byłby rozwiązany. Ale prawdą jest też, że wycofanie się państwa z gwarancji alimentacyjnych wobec porzuconych rodzin poparła, w ramach cięć wydatków socjalnych, organizacja pracodawców kierowana przez członkinię Kongresu Kobiet Henrykę Bochniarz. Rozliczcie się siostry najpierw ze swoją siostrą, zanim przystąpicie do rozliczania Kościoła (dorzucę, że ta organizacja siostry-feministki postulowała też zniesienie rent wdowich).
  6. Z wypowiedzi katolickich feministek wnioskuję, że tak samo brakuje im otwartości, jak tradycyjnemu Kościołowi. Nie wyczułem u nich deklarowanej otwartości, zrozumienia dla nawet jeśli nie podzielanych intencji drugiej strony, to chociaż respektu, że i za nimi stoją ważne racje, a swój własny punkt widzenia obciążony jest pewnymi ograniczeniami. U feministek kwitnie bujnie stereotyp, że przeciwnikami ratyfikacji konwencji ws. przemocy mogą być tylko ludzie źli, głupi lub w najlepszym przypadku nienowocześni albo oderwani od rzeczywistości. Ja chciałem dać się przekonywać jej zwolennikom i czytałem ich argumenty na rzecz ratyfikacji. Ale przeczytałem też argumentację Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris odnoszącą się do najważniejszych argumentów strony przeciwnej. Mimo starań, nie znalazłem rzeczowej odpowiedzi feministek na tę analizę, a tylko połajanki za wysługiwanie się patriarchatowi prawniczek (tak, bo ktoś miał olej w głowie i dopuścił do tej walki kobiety!) z Instytutu. Wbrew temu, co sama o sobie twierdzi, druga strona nie jest bardziej przygotowana mentalnie do dialogu niż główny nurt Kościoła. Wysłuchanie tych wypowiedzi bardziej mnie w tym przekonaniu utwierdziło.
  7. Powyżej koncentrowałem się głównie na katolickich feministkach, bo mnie najbardziej interesuje ustalenie, czy coś mnie z nimi łączy. Odnoszę jednak wrażenie, że jeżeli chcielibyśmy nawiązać z nimi jakiś kontakt, to jest to możliwe tylko za pośrednictwem feministek feministek. Oceniam, że feministki katolickie czują się tak bardzo oblężone przez tradycyjny Kościół, że nie zrobią żadnego kroku w naszą stronę, jeśli miałoby to narazić je na zerwanie wspólnoty z głównym nurtem feminizmu, a w konsekwencji na osamotnienie wobec reszty katolików, zwłaszcza wobec hierarchii, przez którą czują się nieakceptowane ze swoimi problemami. Kilka razy w trakcie spotkania katoliczki mówiły o prymacie sumienia i braku autorytetów uchylających wybory sumienia. Nieprawda, mają autorytety, przeciw którym pójście wymagałoby od nich poważnego zmagania się. Są to właśnie feministki feministki. Dominika Kozłowska mówiła, że ewentualny dialog nie może się toczyć  na terenie kościelnym, tylko na forum Kongresu Kobiet.  Uważam, że biskupom korona z głowy by nie spadła, gdyby pojawienie się tam miało służyć dobru Kościoła i dobru publicznemu, ale takie stawienie sprawy przez katoliczkę pokazuje, że wola dialogu jest pozorowana, że zaufania nie ma i prowadzimy wewnątrz Kościoła grę polityczną, która ma obarczyć stronę przeciwną odpowiedzialmością za wojnę. Czyż trudno o lepszą poszlakę, że bez przyzwolenia feministek feministek nawet poważne koncesje ze strony biskupów na rzecz pozycji kobiet w Kościele nie zostaną „skwitowane”, a wojna będzie się nasilać, bo druga strona ma nadzieję, że wojnę dla nich wygrają procesy laicyzacyjne, demograficzne i presja z zagranicy? Skoro bez udziału feministek z poza Kościoła nie możemy prowadzić dialogu wewnątrz-kościelnego, jego prawdopodobieństwo jest jeszcze mniejsze. Nie wyobrażam sobie by którykolwiek z biskupów dopuścił możliwość rozmowy z Agnieszką Graff o ustroju Kościoła, a do tego sprowadza się wypowiedź Dominiki Kozłowskiej, by rozmawiać na gruncie Kongresu Kobiet. Czy mamy do czynienia z osobą, która chłodno myśli? Owszem, rozmawiać można, także z Agnieszką Graf, która dobrze ten zakres rozmowy określiła - nie ma sensu zawierać kompromisu w sprawie poglądów, bo tu zgody nie będzie, ale można rozmawiać o tym, jak żyć obok siebie. Kościół nie pójdzie na ustępstwa w sprawach ochrony życia, ale dlaczego by nie miał przyłożyć wektora do polityków, by wprowadzili ustawowe rozwiązania wyrównujące płace między mężczyznami a kobietami albo przejęło na siebie obowiązek alimentacyjny i samo dochodziło od alimenciarzy roszczeń? Agnieszka Graff powiedziała, że to co ją może łączyć z Kościołem to właśnie katolicka nauka społeczna. Graff zwróciła uwagę na to, że Kościół przeoczył przebudzenie się kobiet w momencie, w którym niewidzialna ręka wolnego rynku przymusiła kobietę do podjęcia pracy zawodowej, bo jedna pensja męża nie starczała na utrzymanie rodziny, ale nie uregulowała sprawy przedszkoli, żłobków ani nie zapewniła adekwatnych wynagrodzeń. Ta trudna do zniesienia sytuacja życia codziennego przyczyniła się do stawiania sobie przez kobiety pytania o ich rolę społeczną, co zaczęło podważać konserwatywne status quo. I Agnieszka Graff ma w tym dużo racji. Czkawką się tu odbija Kościołowi poparcie dla transformacji gospodarczej po 1989 r.
  8. Nieprzypadkowo szczególną uwagę poświęcam Agnieszce Graff. Jest ona trend-setterem polskiego feminizmu (drugą taką osobą w mojej opinii jest Kinga Dunin, może jeszcze ktoś, ale zbyt słabo znam te środowiska). Potrafi się zachować nonkonformistycznie wobec sióstr-feministek, chociażby wtedy, gdy napisała afirmującą macierzyństwo książkę lub wtedy, gdy przyznała publicznie wbrew głównemu przekazowi, że gender jest ideologią. Nie krygowała się i wbrew podtrzymywanym przez mainstream twierdzeniom, mającym dostarczyć „konserwatywnemu” skrzydłu PO alibi dla poparcia „kompromisowej” konwencji, jasno i wyraźnie oświadczyła, że to nieprawda, bo konwencja jest radykalna! Tę wypowiedź warto przypominać „konserwatystom” z PO. W trakcie spotkania też pozwoliła sobie na swobodne i idące pod prąd dotychczasowym feministycznym poglądom stwierdzenie, że płeć jednak czyni różnicę, co widać już u chłopców i dziewczynek (radykalne genderystki powinny za takie gadanie ją napiętnować!). Problemem jest - jak złagodzić w społeczeństwie preferującym z przyzwyczajenia takie a nie inne cechy, konsekwencje tych różnic dla szczęśliwego życia. Może poniższe wyznanie skreśli mnie w oczach niektórych „prawdziwych” konserwatystów, ale ja się z taką optyką zgadzam. Nie zgadzam się tylko na radykalne rozwiązania gwałcące naturę, gdy można ten cel osiągnąć łagodnymi środkami. W tym kontekście padł przykład pewnej Norweżki, która konkurowała o katedrę na uniwersytecie z o 6 lat młodszym mężczyzną. Obie osoby osiągnęły identyczną punktację za dorobek naukowy. Konkurs rozstrzygnął fakt, iż miała ona czwórkę dzieci. Zgadzam się z feministkami, że to sprawiedliwe kryterium. Osiągając tyle samo, jako matka musiała mieć lepsze predyspozycje naukowe niż samotny mężczyzna.  Owszem, są granice takiej akcji afirmacyjnej, czego obawiam się duża część feministek nie akceptuje. Granicą jest np. dojrzałość społeczeństwa, które zbyt radykalne rozwiązania może odbierać jako niesprawiedliwe, a bez poparcia społecznego skuteczność takiej inżynierii będzie niska. Granicą jest także efektywność. Jeżeli nawet z powodu obciążeń przeszłą polityką nie ma równej liczby kompetentnych lub chętnych kobiet, państwo nie może „na siłę” mianować prezesem nieodpowiednio kompetentnej kobiety w co drugiej spółce Skarbu Państwa, bo ucierpią na tym pracownicy, dostawcy i klienci, czyli dobro publiczne, gdy przedsiębiorstwo będzie więdło pod nieoptymalnym kierownictwem. Efektywność nie jest jednak też bogiem. Zresztą da się dowieść, że ta Norweżka, nawet jeżeli jej powołanie nie było najbardziej efektywnym rozwiązaniem, bo jej młodszy konkurent bez takich obciążeń dalej by zaszedł,  wychowując czwórkę dzieci ma udział w ich efektywności dla społeczeństwa, tak więc gdyby trwałe upośledzenie karier zawodowych kobiet wychowujących dzieci miało prowadzić do zmniejszenia dzietności, a więc i efektowności w skali całego społeczeństwa, to słusznie kobiety powinny być premiowane w karierze zawodowej. Dziś jest odwrotnie, chociaż różnice płacowe między kobietami a mężczyznami w Polsce są mniejsze niż na Zachodzie, co feministki wolałyby przemilczeć, gdyż musi to iść na plus tradycji w Polsce.
  9. Z innych ciekawych obserwacji, na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Jan Paweł II był dla wszystkich panelistek ważnym punktem odniesienia. Jeśli słyszę duchownego, który „podpiera się” Janem Pawłem, to trudno mi utrzymać uwagę, bo z mojego doświadczenia wynika, iż zbyt często jest to zasłona dla faktu, że sam nie ma wiele do powiedzenia. Panelistki nie miały takiego „obowiązku”, i jeżeli go przywoływały, to rzeczywiście dlatego, że mówił ważne rzeczy. Feministki pomogły mi odnaleźć znowu dumę z tego, że polski Kościół wydał takiego papieża. Ze zdziwieniem najbardziej krytyczny głos usłyszałem od Dominiki Kozłowskiej, która stwierdziła, iż ukłony papieża w stronę kobiet miały jedynie na celu zapanowanie nad falą emancypacji, którą Jan Paweł II dostrzegał, i miały tę falę wyhamować. Owszem, można stawiać pytanie o to, jakie konkretne decyzje w Kościele poszły za tym listem przez pozostałe 10 lat pontyfikatu Jana Pawła, a odpowiedź dla feministek musi być rozczarowująca. Tym niemniej niektóre sformułowania papieża są tak ostre, że nie mógł ich wyrazić chłodny pragmatyk, który kalkuluje jakby tu zamanipulować kobietami, by dobrowolnie akceptowały status quo. Słowa mają swoje konsekwencje, zwłaszcza w Kościele, nawet jeżeli odłożone w czasie. Gdy papież pisał „Jesteśmy, niestety, spadkobiercami dziejów pełnych uwarunkowań, które we wszystkich czasach i na każdej szerokości geograficznej utrudniały życiową drogę kobiety, zapoznanej w swej godności, pomijanej i niedocenianej, nierzadko spychanej na margines, a wreszcie sprowadzanej do roli niewolnicy. Nie pozwalało jej to być w pełni sobą i pozbawiało całą ludzkość prawdziwych bogactw duchowych. Z pewnością niełatwo ustalić dokładnie odpowiedzialność za ten stan rzeczy, z uwagi na głęboki wpływ wzorców kulturowych, które w ciągu wieków kształtowały mentalność i instytucje” – to jak tych słów nie traktować inaczej, niż jako łagodny genderyzm? Jeśli kultura mogła mieć wpływ na taki stan rzeczy, to religia tak samo. Gdyby zapytać katolika czy hinduizm lub islam mają wpływ na niską pozycję kobiet, z pewnością odpowiedziałby twierdząco. Nawet, jeżeli uznanie religii za jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy ma na celu stworzenie oręża do agresywnej laicyzacji – a to, że są i takie zamiary części lewicy jest dla mnie oczywiste – nie zwalnia nas to z dochodzenia, co jeszcze być może zostało w nas ze starych nawyków, co konserwuje godne ubolewania praktyki piętnowane przez papieża. To prawda, dopuszczenie takiej ewentualności już jest upokarzające, zwłaszcza gdy wielu radykałom drugiej strony chodzi o to, by mieć chwile małostkowego triumfu nad katolikami, ale jeśli mamy szukać prawdy, nie wolno nam się w tym wahać. Argument, że jak wejdziemy na tę ścieżkę to się nie zatrzymamy, aż lewica obyczajowa przerobi nas podług swoich życzeń, nie jest pytaniem o prawdę. Nie potrafię zaprzeczyć takiemu ryzyku, ale prawda jest ważniejsza – jeżeli mamy grzech na sumieniu, musimy się z nim zmierzyć i to, że przymusza nas do tego dopiero konwencja, przynosi nam wstyd, bo mieliśmy na to 20 lat, które upłynęły od listu Jana Pawła II do kobiet. Nieprzekonanych, że Kościół wikła się w ludzkie uwarunkowania, z których trzeba się uwalniać chcę przekonać wypowiedzią polskiego biskupa-misjonarza z Republiki Środkowo-Afrykańskiej, który na urlopie w Polsce, zupełnie nie mając wyczucia delikatności dyskusji o gender, odsłania słaby punkt w argumentacji Kościoła (http://wpolityce.pl/swiat/217664-genderowy-walec-rozjezdza-afryke-rodzina-jest-coraz-slabsza): „Rodzina w Afryce ulega nowym zagrożeniom, które coraz poważniej ją osłabiają. Tradycyjnie było dobrze, jeśli chodzi o małżeństwo i rodzinę. Kierowano się ustaleniami klanów i plemion, które były mocne. Teraz jednak to się zmienia. Wpływa na to spotkanie się z nowoczesnością, w tym głównie imigracja do miast. Tam wychodzi się z kręgu klanu i widzi, jak inni żyją.” Przecież ksiądz biskup akceptująco mówi o symbiozie Kościoła z kulturą a-chrześcijańską! Kulturą, która dopuszcza obrzezanie dziewczynek. A co to za wartości rodzinne, których fundamentem jest brutalna przemoc wobec kobiet? Jak można jej bronić z perspektywy chrześcijańskiej? Szokującej wypowiedzi nie pomagają dalsze zastrzeżenia biskupa o wolności chrześcijańskiej, która ma korygować decyzje małżeńskie klanów. A za kilkanaście lat, gdy Zachód w zamian za pomoc będzie narzucał Afryce konwencję przeciw przemocy, tamtejsi biskupi będą się wypierać kompromisów Kościoła z patriarchalną kulturą opowiadając, że już Jezus dobrze traktował kobiety. Nie porównuję sytuacji Polski do Afryki, wskazuję tylko, jak łatwo Kościołowi iść po najmniejszej linii oporu i nawet dziś korzystać z nieewangelicznych  „ofert” na wprowadzanie „ewangelicznego” porządku. Na ile w Polsce Kościół wszedł w przeszłości w takie kompromisy i co z nich jeszcze trwa nadal? Nie możemy tego zostawić bez zbadania. Jak w przypadku lustracji, lepiej aby inicjatywę wykazał tu sam Kościół, niż mieli to robić ludzie z zewnątrz np. absolwentki gender-studies.
  10. Dziwne, ale poza jedną wypowiedzią Dominiki Kozłowskiej i jednym głosem z sali nie pamiętam innych głosów o kapłaństwie kobiet. Panelistka powiedziała, całkiem słusznie, że feminizm katolicki nie byłby autentyczny, gdyby nie stawiał pytania o kapłaństwo kobiet, ale nie próbowała, przynajmniej tym razem, na nie odpowiadać. Można dowodzić zakazu kapłaństwa kobiet, ale nie zakazu dyskutowania o nim. Argument, że Jan Paweł II zamknął ten temat będzie najkrótszą drogą do przegrania tego sporu, zwłaszcza wobec zmian pokoleniowych.
  11. Dla mnie osobiście zabawna była uwaga Zuzanny Radzik do słynnej wypowiedzi Franciszka, w których padło porównanie rodzin wielodzietnych do królików. Tą wypowiedzią poczułem się wówczas bardzo zraniony, ale panelistka też. Mianowicie wypowiedź papieża odczytała jako nałożenie przez Kościół na kobietę wymogu urodzenia trójki dzieci. No rzeczywiście, padły tam takie słowa które można by i tak interpretować. Skoro mamy tak zupełnie, zupełnie inny słuch, może rzeczywiście katolicy są z Marsa, a feministki z Wenus?

A na tytułowe pytanie nie wiem, jak odpowiedzieć.