"Kościół musi być aktywny"


 

W dzisiejszym dodatku do Rzeczpospolitej „Plus/Minus” opublikowano artykuł ks.bp Piotra Jareckiego pt. „Kościół musi być aktywny” na temat (nie)wcielania w życie przez hierarchię i świeckich katolickiej nauki społecznej (http://www4.rp.pl/Plus-Minus/310309971-Bp-Piotr-Jarecki-Kosciol-musi-byc-aktywny.html). Odnotować należy, iż autor został zainspirowany sierpniowym artykułem „Milczenie olbrzyma” współautorstwa naszego kolegi z areopagu Juliusza Gałkowskiego na ten sam temat.

 Artykuł Piotra Jareckiego jest naprawdę wyjątkowy, bowiem jest to po raz pierwszy wyrażona krytyczna autorefleksja hierarchy na temat niedociągnięć hierarchii w głoszeniu katolickiej nauki społecznej wykraczająca poza poprawne politycznie na gruncie kościelnym, ogólnikowe przyznawanie się do własnej grzeszności. Autor nie oszczędza (i słusznie) świeckich, ale niespotykanym akcentem jest konkretna krytyka braku działań episkopatu. Owszem, krytyka ta nie ma aż takiego ostrza jakie mogliście przeczytać w moich wpisach o zawaleniu w ostatnich 25 latach, w pierwszej kolejności przez biskupów, duszpasterstw ludzi pracy, tym niemniej jest to krytyka konkretna jak np. wyrażone słowa ubolewania, że episkopat odmówił objęcia patronatu nad fundacją „Nadzieja” której działania kierowane są ku trwale bezrobotnym.

Główne tezy artykułu odczytuję następująco (kursywą cytaty, w nawiasach moje dopowiedzenia):

  1. W wyniku rezygnacji hierarchii z angażowania się w sprawy ładu doczesnego, Kościół jest postrzegany (także przez wielu ludzi Kościoła) jako ekspert od Nieba, a nie Ziemi.
  2. Ludzie Kościoła, tak świeccy jak i duchowni dają często powód by ich zaangażowanie w sprawy doczesne oceniać jako załatwianie interesów swojej instytucji (dodam, że także własnych), co podkopuje wiarygodność katolików, gdy odnoszą się do rzeczywistości społeczno-politycznej i sprzyja podnoszeniu zarzutu ”Kościół miesza się do polityki”.
  3. Tymczasem Kościół musi mieszać do polityki, bo zbawienie człowieka ma miejsce tu na ziemi i ziemskie warunki mają na to zbawienie istotny, nawet jeśli nie decydujący wpływ.
  4. Jednym z powodów braku zrozumienia (także przez katolików) tej misji Kościoła jest to, że „Kościół katolicki, może szczególnie w Polsce, jest zbyt kultyczny”. Hierarchii brakuje zainteresowania w instytucjonalnym angażowaniu się Kościoła, jak np. wyżej wspomniany przypadek uchylenia się przed poparciem przez biskupów fundacji „Nadzieja”.
  5. Mieszanie się Kościoła do polityki nie może jednak przyjmować form instytucjonalnego nacisku (także dlatego, że jest długofalowo nieskuteczne wywołując przeciwdziałanie). Owszem, Kościół powinien wpływać na ustawodawstwo, ale nie, jak zrozumiałem, w relacji episkopat-Sejm/rząd, a episkopat-świeccy-Sejm („formowanie” wiary posłów apelami przed głosowaniem danej ustawy jest dowodem porażki formacyjnej Kościoła na jej właściwym etapie – w rodzinie, parafii gdy politycy byli jeszcze zwykłymi katolikami, bo później jest za późno).
  6. Innym powodem braku zrozumienia dla misji Kościoła w kształtowaniu Ziemi by sprzyjało to zbawieniu człowieka jest wybiórcza, hierarchii nie wyłączając, percepcja katolickiej nauki społecznej lub jej nieznajomość. „Poseł czy polityk, który chodzi do kościoła lub ma znajomego księdza, jest często przekonany, że zna tym samym naukę społeczną Kościoła. Przekonany jest o tym też niejeden ksiądz czy biskup, tak jakby otrzymał tę wiedzę na mocy samych święceń.” Mocne!
  7. Wielu katolików świeckich (wbrew demonstrowanej wobec hierarchii „pokorze”, zwłaszcza w przypadku działaczy społecznych, politycznych i niektórych naukowców motywowanej interesownie) działa na zasadzie „Kościół uczy – ja wiem lepiej! Jestem mądrzejszy. Wiem swoje!”. Autor ilustruje to reakcją polityków katolickich na podkreślenie ważnego elementu nauczania Kościoła jaką jest hipoteka społeczna ciążąca na własności prywatnej – „mówili: księże biskupie, gospodarka – by stała się społeczną, musi na początku być rynkową!” (czyli najpierw ukradnijmy milion, potem będziemy „społeczni” – co bynajmniej z mojej strony nie jest votum nieufności do idei wolnego rynku, tylko do wolnego rynku jako alibi dla czystego egoizmu).
  8. Jedną z uprzednich przyczyn słabej żywotności katolickiej nauki społecznej jest błąd w jej uprawianiu. Specjalizacja wielu dziedzin nauki, wypracowywanie hermetycznego języka i metodologii szkodzi interdyscyplinarności, na czym cierpi także katolicka nauka społeczna, która jest dziedziną interdyscyplinarną. Tymczasem „pomyślmy o wykładach i konferencjach organizowanych na tematy związane z nauką społeczną Kościoła. Kto jest zapraszany z wykładami, kto w tych wykładach i konferencjach uczestniczy? Zwykle przedstawiciele teologii, etyki społecznej, teologii moralnej. Mamy trudności w dialogu interdyscyplinarnym. Jest to niewątpliwie jeden z powodów nikłej wydajności nauki społecznej Kościoła.”
  9. Innym powodem „nikłej wydajności” nauki społecznej Kościoła jest pomieszanie ról księży i świeckich przejawiające się w zasadzie „przyjdzie biskup i powie, co mam robić”. Obie strony chętnie stosują się do tej zasady. (Z tym, że nawet gdybyśmy mieli 1000 biskupów, nie zastąpią w inicjatywie braku dziesiątków tysięcy świeckich. Notabene mam wrażenie, że najczęściej zasada ta ze strony księży biskupów przejawia się w decyzjach czego nie robić, co jest wynikiem braku zaufania – po części usprawiedliwionego – do świeckich. Autor pisze: „Pamiętam czasy mojej pracy w Radzie Społecznej Episkopatu Polski. W składzie byli świeccy przedstawiciele różnych opcji. Sądziłem, że to ubogaci naszą pracę i przyczyni się do wypracowania zobiektywizowanego obrazu polskiej rzeczywistości. Bardzo się myliłem! Ponieważ zasiadający w Radzie ekonomiści i socjologowie okazali się bardzo zideologizowani i upolitycznieni, prace Rady zostały zablokowane. Jeden negował opinie drugiego. I co począć w takiej sytuacji?”. Niestety, my świeccy wnosimy do Kościoła na swoich butach gówno podziałów politycznych i jedyne, co nas uprawnia do nadziei na przebaczenie za niszczenie Kościoła jest to, że nie wiemy co czynimy – walcząc o dobro w polityce tak je absolutyzujemy łącznie ze swoją nieomylnością, że toczymy ją także na „terenie” Kościoła zostawiając spaloną ziemię).
  10. A jak powinny wyglądać zdrowe relacje pomiędzy hierarchią a świeckimi w katolickiej nauce społecznej? „Między człowiekiem świeckim a duchownym zaangażowanymi w uprawianie nauki społecznej Kościoła zawsze powinna być współpraca, a jednocześnie napięcie, a nawet konflikt. Duchowny jest stróżem ideału, świecki jest architektem możliwych form praktycznej realizacji tego ideału w pluralistycznym społeczeństwie i demokratycznym państwie”.
  11. Ważne jest też to, by Kościół w sprawach społecznych był nie tylko nauczycielem, ale także i przede wszystkim świadkiem. Chodzi o to, by w instytucjach prowadzonych przez Kościół katolicki wartości i zasady głoszone przez naukę społeczną były stosowane. Sprawiedliwa płaca, podmiotowe traktowanie pracowników, społeczna hipoteka własności prywatnej itd.”. (W mojej działalności na rzecz rad pracowników niedawno po pomoc zwróciła się rada z przedsiębiorstwa prowadzonego przez Kościół. Niestety, stosunki z pracodawcą reprezentowanym przez księży nie wyróżniają się pozytywnie na tle przeciętnej w firmach świeckich. Nie, nie jest to przypadek jakichś nadużyć, po prostu nie jest to jednak chrześcijański przykład do dawania innym pracodawcom, bo niczym pozytywnym się nie odróżnia).
  12. Na podstawie moich obserwacji mogę stwierdzić, że chyba nigdy nie spotkałem się z wprowadzeniem tych zasad nauczania społecznego Kościoła w życie, a sam także nie byłem w stanie tego wypełnić”.

Za powyższy artykuł, a zwłaszcza za te ostatnie słowa chciałbym znaleźć jakiś sposób wyrażenia szacunku Autorowi, który wolny byłby jednak od podejrzeń lizusostwa o jaki powyżej i w innych komentarzach oskarżam świeckich. Ma to jednak znaczenie, że powyższe słowa wyszły z pod pióra hierarchy. Więc chapeau bas, Piotrze Jarecki, Kościół jeszcze nie zginął, skoro wydaje proroków.