"O wpływie krów na przemysł mięsny"


Dyskusja o nowelizacji ustawy o ochronie życia pozwala lewicy ponownie postawić pytanie o stosunek Kościoła do kobiet. I ponownie Kościół do odpowiedzi nie jest przygotowany prowadząc przestarzałą i już nieskuteczną narrację.

 Jaka jest narracja Kościoła wobec zarzutów o marginalizację kobiet? Generalnie niezmienna od czasów Jana Pawła II, jakby czas stanął w godzinie Jego śmierci. Kościół mówi, że od Jezusa po „list do kobiet” Jana Pawła II Kościół zawsze szanował kobiety. O ile jednak Jezus szedł pod prąd swoim współczesnym, o tyle współczesny Kościół niewiele poświęcał w imię prawdy, że kobieta jest równym mężczyźnie „obywatelem” Kościoła.

Klinicznym przykładem tej narracji jest oprawa w mediach katolickich zleconego przez Radę ds. Duszpasterstwa Kobiet przy episkopacie badania Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego religijności kobiet i mężczyzn. Wynika z niego, iż pod każdym względem (uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej, przystępowania do komunii, spowiedzi itd.) kobiety górują nad mężczyznami.

Nie kwestionuję tych badań. Jednak niegodną wartości, które głosi Kościół, jest manipulacja polegająca na ilustrowaniu tym raportem tezy, iż udział i wpływ kobiet na Kościół jest sprawiedliwy, lub co najmniej nie taki mały, jak się nam zarzuca (patrz http://www.fronda.pl/a/terlikowska-kobietami-kosciol-stoi,59706.html oraz http://wpolityce.pl/kosciol/270451-zamiast-feministycznych-mrzonek-twarde-fakty-powstal-raport-potwierdzajacy-silna-pozycje-kobiet-w-kosciele). Stwierdzenie Katolickiej Agencji Informacyjnej powielonej przez inne media katolickie i oficjalne portale (http://archidiecezja.warszawa.pl/wiadomosci/raport-kosciol-w-polsce-opiera-sie-na-kobietach/), że Kościół polski oparty jest o kobiety jest tak samo prawdziwy, jak to, że pierwsza Rzeczpospolita chłopami pańszczyźnianymi stała, bo eksport produkcji rolnej zawdzięczanej wsi zbudował podstawy potęgi militarnej państwa. Kobiety stanowią 60% uczestników niedzielnych eucharystii? A czy stanowią 60% kanclerzy kurii, ekonomów, rzeczników prasowych, nie wspominając o członkach rad parafialnych? Według mojego badania wśród znajomych i z własnej wiedzy na 7 poznanych rad w żadnej nie jest ich więcej niż 50%. Przecież to nie brak święceń wyklucza kobiety z piastowania tej funkcji. Także nie brak predyspozycji jest tego przyczyną, skoro raport podkreśla rozkwit organizacji katoliczek, co oznacza, że kobiecy „materiał” na przywództwo występuje i „rozmnaża się” bez mężczyzn.

 Manipulacyjna narracja głęboko szkodzi Kościołowi, bowiem jest środkiem znieczulającym, który pozwala odkładać leczenie choroby. Jak Gierek, który uwierzył w fałszowane przez swoich podwładnych statystyki i doprowadził PRL do bankructwa, tak my sami oszukujemy siebie. Sytuacja jest dość dramatyczna, świat porywa nam córki, a my zagadujemy rzeczywistość, że jest znośnie lub przynajmniej nie na tyle źle, by potrzebna była Kościołowi jakaś terapia. Nie jest fałszem, a może jedynie przesadą stwierdzenie, że kobiety mają na Kościół taki wpływ, jak krowy na przemysł mięsny. Są potrzebne. I proszę się nie obrażać za drastyczność tego porównania, skoro cierpliwe prośby o samą rozmowę są ignorowane, bo jest jak być powinno, „bo jest dobrze”.

 Szykując się do walki o nowelizację ustawy o ochronie życia biskupi nie pomyśleli nad uprzedzającym ruchem dowartościowującym kobiety, których poparcie dla zmian od strony etycznej jest bardziej konieczne niż mężczyzn. Nawet taki drobiazg, jak umycie stóp kobietom w Wielki Czwartek przez wszystkich ordynariuszy nie przeszedł. A przecież gest papieża dał alibi biskupom do skorygowania tej tradycji. Niedawno lewica obchodziła Dzień Kobiet 8 marca. To prawda, że tego roku nawet lewicy obchody wyszły niemrawo, ale i tak wystarczyło to jej do zdominowania przekazu medialnego.

 Głównym polem utarczek medialnych były polemiki wokół wydanej przez Krytykę Polityczną książki działaczki LGBT Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”, będącej zbiorem wywiadów z 20 byłymi zakonnicami. Jest to rejestr krzywd i żalów, opisu przykrych sytuacji, w których wiarygodność - w odróżnieniu od reprezentatywności - trudno wątpić. Trafiłem na tekst rekolekcji dla przełożonych zgromadzeń zakonnych, w których rekolekcjonista stawiał znak zapytania, czy praktyka trzymania przez przełożone pod kluczem wartościowych rzeczy jest motywowana dobrą ascezą i ideałem egalitarnej wspólnoty, czy egzekwowaniem pod przykryciem pobożności zupełnie ludzkiej władzy nad drugim człowiekiem. Nie chcę patrzeć przez ten pryzmat na wspólnoty zakonne, ale przykład ten nie pozwala mi frontalnie odmawiać wiarygodności przedstawionym tam historiom. Sam jestem związany z jednym z ruchów katolicków o silnej formacji i wiem, że występują różne sytuacje, jak w każdej wspólnocie osób niedoskonałych.

 Dlaczego słaba warsztatowo książka zyskała medialne przebicie, dlaczego nakład się rozszedł po 3 dniach i trzeba go dodrukować? Bo Kościół cały czas wybiera nieodpowiednią taktykę i w pewnych obszarach życia Polaków jest nieobecny na własne życzenie. Przekaz Kościoła nastawiony jest osoby identyfikujące się z Kościołem, zakłada zaufanie wiernych, którzy nie będą gonić za sensacją.

 Ale większość tak nie wygląda. Jeśli nie poinformujemy o swoich kłopotach, to źródłem informacji będzie wróg, czego zjawisko pedofilii jest smutnym przykładem. Feministka z Tygodnika Powszechnego Zuzanna Radzik trafnie zauważa, że odpór książce zakony żeńskie dawały tylko w katolickich mediach. Tymczasem książka zniekształca prawdę o życiu w zakonach żeńskich wśród osób dalekich od Kościoła, którzy mediów katolickich nie znają. Dlaczego jest jeszcze trochę księży, którzy potrafią w mediach niekatolickich bronić Kościoła, ale takich sióstr zakonnych Kościół już nie ma? Czy fakt ten nie potwierdza diagnozy feministek na temat pozycji kobiet w Kościele? Artykuł Z.Radzik w Tygodniku Powszechnym przywołuję tu pozytywnie, bowiem jej recenzja książki jest krytyczna. Autorka szuka prawdy i nie jest gotowa podchwycić każdej „wrzutki” ze strony nowej lewicy, o co ją w jednym z poprzednich wpisów podejrzewałem.

 Rozumiem - co nie znaczy, że podzielam - argumentację, by przyznanie kobietom równych praw obywatelskich w Kościele odłożyć na „spokojniejsze” czasy. Nawet, gdyby otwarcie kwestii kobiecej mogło dziś być wykorzystane do szerzenia podziału w Kościele przez „postępowców”, taki argument uzasadnia co najwyżej nasze milczenie w tej kwestii. Tymczasem „kłamaliśmy i kłamiemy” co do roli kobiet w Kościele, a tego nie da się usprawiedliwiać. Jest wiele funkcji władzy kościelnej, które nie są związane ze święceniami. Jeszcze w XIX wieku byli kardynałowie, którzy nie byli prezbiterami. W średniowieczu w uroczystych chwilach wokół tronu władcy ksienie klasztorów żeńskich stały razem z biskupami, a przed innymi dostojnikami kościelnymi i świeckimi dostojnikami oraz możniejszym rycerstwem. W kurii rzymskiej już od czasów JPII kobiety są członkami, a nawet skretarzami dykasterii, ale w ich polskich odpowiednikach jakimi są komisje, rady i zespoły episkopatu już tak nie jest. Co, oprócz statutu KEP, który może być dostosowany do standardów watykańskich gdyby taka była wola biskupów, stoi na przeszkodzie by uwzględniał kobiety (i w ogóle świeckich) jako bardziej podmiotowych uczestników prac tych gremiów? Tylko brak woli biskupów! Uwzględnienie kobiet jako podmiotowych członków tych gremiów byłby pośrednim, ale ważnym argumentem w debacie nad ochroną życia, bo zaprzeczałby tezie lewicy o uprzedzeniach wobec kobiet.

 Ale biskupom te dwie sprawy nie łączą się w całość. Paradoksalnie, w Polsce kobiety są najbardziej promowane przez „konserwatystów” (szefowa „Naszego Dziennika”, naczelna tygodnika „Niedziela”; dodajmy też rzeczniczkę biskupa płockiego). Te przypadki to jednak wciąż raczej incydenty, niż stały trend. „L’Osservatore Romano” przed 8 marca zastanawiało się nad wygłaszaniem kazań przez kobiety. Dlaczego nie widać objawów, by polski Kościół pracował nad lepszym wykorzystaniem talentów kobiet? Nie będziemy mieli własnego rozwiązania, to dostaniemy je z zewnątrz, oby nie od nowej lewicy. Albo jeszcze gorzej, wiele kobiet straci zainteresowanie Kościołem. Wszak spadek powołań do zakonów żeńskich jest wyraźny. Najgorsze, co Kościół może spotkać, to obojętność, a nie nienawiść.

 Już kilka razy spotkałem się z odpowiedzią na moje argumenty optujące za dopuszczeniem kobiet do współrządzenia Kościołem, że co to za powołanie, jeśli musi być wspomagane dostępem do władzy. Odpowiem na to tak, że Pan Bóg musi mieć o „jakości” powołań męskich bardzo kiepskie zdanie, skoro ich wspomaga przywilejem rządzenia tak wyraźnie. Mam intuicję, że Pan Bóg powierzył rządy nad swoim ludem mężczyznom nie dlatego, że to sprawiedliwe, ale z uwagi na zatwardziałość ich serc, bo wiedział, że bez tego „fanu” mają mniejsze szanse, by pozostać Jemu wiernymi. Podobnie, jak Prawo Mojżeszowe przewidywało rozwody nie dlatego, że taki jest ideał boski, ale dlatego, że Bóg znał słabość mężczyzn wynikającą z zatwardziałych serc, tak samo wierzę, że z tego powodu dał im więcej władzy. Według mojej wycinkowej wiedzy - z wyjątkiem niektórych zakonów - seminarzyści są kształtowani na przywódców. Rozumiem potrzebę Kościoła posiadania kadry „oficerskiej”, ale to jest potrzeba zupełnie świecka każdej innej ludzkiej organizacji o „mocnych” celach. Szafowanie sakramentami takiego przywództwa nie wymaga, ono należy do innego porządku. Nie widzę więc przeszkód, by w tym „świeckim” porządku kobiety do kierownictwa w Kościele dopuszczać rezerwując sakramenty dla mężczyzn tak, jak orzeka Rzym.

Zresztą, nie o samą władzę tu chodzi. Chodzi o konkretne, nie gołosłowne, a czynne pokazanie godności kobiet jako osób równych przed Bogiem. Rządzenie wszystkimi, przez wszystkich, dla wszystkich – tak ma wyglądać utopia Kościoła. Każdy ma słuchać, i każdy ma rządzić, kierując się dobrem wszystkich bez znaczenia, mężczyzna czy kobieta, Grek czy Żyd, niewolnik czy jego właściciel. Dziś hierarchia jest konieczna, bo ludzie mają twarde serca i jest nam ona potrzebna, byśmy się nie „rozkleili” jako wspólnota. Ale jej prerogatywy powinny być dostosowane do dojrzałości wspólnoty. Kiedyś obecnie znanej nam hierarchii Kościół nie znał, w Dziejach Apostolskich i w listach wygląda ona inaczej niż dziś. Może więc kiedyś też będzie wyglądać inaczej. Najlepiej, by hierarchowie cały czas w aspekcie społecznym Kościoła żyli namysłem nad ewoluującymi granicami swojej władzy. To do nich, na czele z papieżem należy decyzja o roli kobiet w Kościele. Dlatego póki co, pozostaje mi tylko martwić się, że ta ewolucja jest tak powolna ufając, że szkody z tego powodu są mniejsze, niż ewentualna „rewolucja demokratyczna” w Kościele, jakiej życzyłaby sobie „Gazeta Wyborcza”.